POMADA DO WŁOSÓW – BO HISTORIĘ WARTO ZNAĆ

20 grudnia 2017



Po tekście o pomadach matowych wysłaliście do mnie sporo zapytań o inne kosmetyki do pielęgnacji i układania włosów. Pytaliście o pomady wodne i woskowe, pytaliście o toniki, szampony, odżywki. Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w kolejnych, pojawiających się na blogu  tekstach. 

Tymczasem dzisiaj spróbuję odpowiedzieć na pytanie: czym tak właściwie jest pomada i skąd się wzięła? 


Ze słownika etymologicznego możemy się dowiedzieć, że słowo pomada wywodzi się z francuskiego pommade oznaczającego maść, a włoska pomata pochodzi od słowa pomo czyli jabłko. Dlaczego akurat jabłko? Ponieważ pulpa z jabłek dodawana do maści, nadawała jej przyjemnego, owocowego zapachu.

Oficjalnie o pomadzie do włosów mówi się od XVIII w., ale tak naprawdę jest ona produktem starym jak świat, towarzyszącym ludzkości od zarania dziejów. Bo czymże była ta osiemnastowieczna pomada jak nie, zapakowaną w słoiczek z napisem hair pomade, mieszanką tłuszczu zwierzęcego, wosku, olejów roślinnych, olejków eterycznych, ziół, przypraw i owoców. Dokładnie taką samą mieszankę wykorzystywano od wieków na setki różnych sposobów. Leczenie owrzodzeń i ran, impregnowanie skór i futer, wytwarzanie maści i leczniczych mikstur, tworzenie smarów i towotów, to raptem kilka z nich.

Już w starożytnym Egipcie aromatyzowana mieszanka łoju i olejków roślinnych, zabarwiona węglem na czarno, wykorzystywana była do makijażu, przyciemniania włosów i koloryzowania peruk. Ta sama mieszanka zabarwiona na czerwono była odpowiednikiem współczesnej pomadki do ust (zresztą podobieństwo słowa pomada i pomadka nie jest przypadkowe).

Początek XX w. to czas zmian i nowych technologii, które wkroczyły również w przemysł kosmetyczny. Niedźwiedzie sadło, łój wołowy czy owczą lanolinę (główne składniki dziewiętnastowiecznych pomad) zastąpiono parafiną, wazeliną i olejami roślinnymi, a firmy kosmetyczne prześcigały się w wypuszczaniu na rynek coraz to nowszych i bardziej innowacyjnych produktów.



Na początku XX w. Edouard Pinaud (tak, tak obecnie znamy jego firmę pod nazwą Clubman Pinaud) stworzył nowy kosmetyk, którego swojsko brzmiąca nazwa „Brillantine” (oznaczająca lśniący/błyszczący) przetrwała do dziś, jako staroświeckie określenie pomady do włosów. Warto jednak wiedzieć, że pierwsza brylantyna w niczym pomady nie przypominała. Tej kombinacji koloryzowanych i aromatyzowanych olejów bliżej było do gęstego toniku do włosów. Rekomendowano ją jako środek pielęgnacyjny, co obecnie może dziwić, ale w czasach gdy szampony i mydła wysuszały włosy na wiór, oleista brylantyna idealnie spełniła swoją „odżywczą” funkcję. Miała jednak pewną wadę, zostawiała tłuste plamy na wszystkim z czym miała kontakt. Nie oszczędzała garniturów, mundurów i nakryć głowy, a poplamiona tapicerka foteli czy kanap przyprawiała o zawrót głowy niejedną panią domu. Każda szanująca się gospodyni wiedziała, że bez specjalnych ochraniaczy, dostępnych niemal w każdym sklepie, jej piękne, tapicerowane meble nie mają szans w kontakcie z „wyczesanym” i eleganckim mężem.



Po brylantynowym szaleństwie przyszedł czas na kosmetyki nowej generacji. W 1925 r. Mr. C.D. Murray założyciel Murray's Superior Products Company, wyprodukował klasyka klasyków czyli Murray's Pomade, ciężką pomadę na bazie wazeliny, a trzy lata później świat oszalał na punkcie Brylcreem, emulsji, której lekka konsystencja była wynikiem połączenia oleju mineralnego i wosku z wodą. Śmiało można powiedzieć, że Brylcreem będąc pierwszym „wodnym” środkiem pielęgnacyjnym do włosów powołał do życia późniejszych swoich następców czyli żel do włosów i pomadę wodną. Oba produkty (Murray's Pomade i Brylcreem) zapisały się na kartach historii jako jedne z najlepiej sprzedających się kosmetyków XX w. i choć lata świetności dawno za nimi to wciąż można cieszyć oko ich old school'owym wyglądem.



Pomadowy szał trwał do lat 60/70. XX w., kiedy daleko idące zmiany obyczajowe, pociągnęły za sobą zmiany w męskim wyglądzie. Nowa moda to nowe fryzury - lekkie, luźne i zdecydowanie dłuższe, które nie wymagały używania ciężkich i tłustych pomad i choć te nigdy nie zniknęły ze sklepowych półek, to porastając kurzem ustąpiły miejsca tonikom, lakierom i żelom.

Dziś mają swój wielki „come back”. To znów ich czas, ale...to już nie te pomady sprzed lat. Dzisiejsze pomady są lepsze, dużo lepsze! Choć znam takich co piszą poematy o wyższości Murray's Pomade czy Royal Crown Hair Dressing nad Reuzel'em czy Uppercut'em, to ja się absolutnie pod tym nie podpisuję! Bo znam te wszystkie stare cudeńka, mam je w salonie i nawet  zdarza mi się na nich pracować, ale robię to tylko i wyłącznie dla zajawki. Jeśli mi nie wierzycie nałóżcie na włosy zwykłą wazelinę kosmetyczną (główny składnik starych pomad), uczeszcie się, a potem spróbujcie to zmyć (proponuję płyn do naczyń lub coca-colę, stary, sprawdzony sposób). Jeśli po tygodniu dalej będziecie tłuścić tapicerkę na zagłówku swojego samochodu – zrozumiecie o czym mówię.

Autorka: Patrycja Besaha - Jedna z najbardziej rozpoznawalnych kobiet polskiej sceny barberskiej. Właścicielka Petit Pati Barber Shop, oraz organizatorka szkoleń w Petit Pati Barber School. Ambasadorka marki Freak Show.

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

0 komentarze